Jedno święto w domu się skończyło, a już panny Lestrange musiały przygotowywać się do drugiego. Chodziło oczywiście o ślub ich brata. Samantę już pomału nudziły dyskusje cioci i mamy ile czasu spędzą na weselu. Rzecz jasna Sally Lestrange chciała zostać jak najdłużej, jej siostra najchętniej nie poszłaby wcale.
- Słyszałaś przecież, że Alphard potrzebuje twojego... wsparcia duchowego - śmiała się ciocia.
Alphard Black faktycznie był ostatnio jakiś przygaszony. Podczas kilku kolejnych wizyt, które im złożył, nie tryskał już takim humorem, jak w dniu urodzin Samanty. Choć mogło to być spowodowane tym, że jego szwagier, jak sam to określił "zarobił szlaban domowy", po tym jak pewna Augusta doniosła jego żonie, gdzie i z kim go widziała. Nie byli jednak jedynymi osobami, które potrzebowały... pomocy, więc panny Lestrange, zwłaszcza ciocia Sally, były bardzo zajęte.
Maj był burzliwy i deszczowy, co Samancie bardzo odpowiadało. Większość czasu spędzała na swoim ulubionym zajęciu - siedziała na parapecie ze swoim kotem na kolanach i wsłuchując się w jego ciche mruczenie, obserwowała zachmurzone niebo. Chmury miały różne kształty, rozpoznawała w nich smoki, biegające elfy i rajskie ptaki. Palcem po szybie odprowadzała spływające krople deszczu. Majestatyczne błyskawice na ciemnej tafli nieba sprawiały wrażenie ogromnych fajerwerków. Wszystko to razem uspokajało ją i napełniało optymizmem. A grzmoty? Grzmoty dodawały energii.
Któregoś dnia, gdy na chwilę przestało padać, ciocia zabrała Samantę do przymiarki sukni na wesele wuja do Twilftta'a i Tatting'a. Co prawda dziewczynka nie przepadała za takimi sklepami, ale musiała przyznać, że suknia jest piękna. Prosta i w jej ulubionym pastelowym fioletowoniebieskim odcieniu, a do tego złota błyszcząca peleryna z szerokimi rękawami.
Obsługa i krawcowe były wybitnie zadowoleni ze swojego dzieła:
- Wygląda pięknie - zachwycała się jedna z nich. - Zawsze tak wyobrażałam sobie narzeczoną warlocka z "Baśni barda Beedle'a".
- Co prawda ładnemu we wszystkim ładnie - zaśmiała się ciocia, obchodząc ją dookoła. - Ale ta suknia na pewno zrobi wrażenie na wybrednych gościach mojego brata.
- Tak, dziewczyna będzie kiedyś łamała serca mężczyznom - skwitował jeden z właścicieli przybytku, całując ciocię w rękę na powitanie. - Myślałyście już o wyborze dla niej męża? Mógłbym zaproponować swojego syna.
- Za młoda jest jeszcze - odparła Sally Lestrange. - Jak ci się wydaje? Lepsza będzie do tego tiara czy diadem?
- Wydaje mi się, że wystarczy rozpuścić jej włosy.
Po wizycie u Twilfitt'a i Tatting'a odwiedziły jeszcze sklep Scrivenshafta po pióra i pergaminy, bo ciocia nie chciała zostawiać wszystkich zakupów szkolnych dla Samanty na ostatnią chwilę, bo "jak wszyscy uczniowie się rzucą to będzie mniejszy wybór".
A że czarodzieje w maju, zachowywali się jak koty w marcu, to na początku czerwca, ich skrytka w Banku Gringotta po brzegi wypchana była złotymi galeonami.
Po drodze do domu Sally Lestrange chciała odwiedzić jeszcze mieszkającą blisko nich madame Primpernelle, która była wytwórcą najlepszych kosmetyków dla czarownic. Zwykle spędzała tam długie godziny, więc Samanta wróciła sama z zamiarem przeczytania baśni "Włochate serce czarodzieja" w książce, którą dostała na urodziny. Gdy z ocierającym się o nogi kociakiem dotarła na pierwszej piętro, jej plany uległy radykalnej zmianie.
- Chcesz uczyć w Hogwarcie?! - mówiła mama, nerwowo przemierzając pokój tam i z powrotem. - Myron, czyś ty na głowę upadł?! Trafiło cię ostatnio jakieś zaklęcie?
Siedzący na kanapie brązowowłosy mężczyzna był jednym z ich stałych bywalców. Nazywał się Myron Sylvanus i pracował jako auror w Ministerstwie Magii. Często zdarzało się, że przychodził tylko po to, aby z kimś porozmawiać. Żył samotnie, a w domu za jedyne towarzystwo miał ducha swojego dziadka. Za to mamę i ciocię Samanty pamiętał jeszcze ze szkoły. Teraz reakcja Gertie Lestrange wyraźnie go zaskoczyła.
- Nie rozumiesz.
- Istotnie. Nie. Rozumiem. - Mama ledwo panowała nad emocjami.
- Podobno Eliza Grindelwald jest w ciąży - kulawo zaczął tłumaczyć pan Sylvanus. - Posada profesora obrony przed czarną magią będzie wolna. A na czym jak na czym, ale na tym znam się doskonale.
- Ale to jeszcze nie powód, żeby od razu tego uczyć. - Gertie Lestrange spojrzała mu w oczy i trudno było określić czy zaraz będzie krzyczeć czy płakać. - Myron, jesteś jednym z najlepszych aurorów, a takich ludzi ministerstwo teraz bardzo potrzebuje. Wątpię, aby Alastor Moody pozwolił ci...
- Moody nie będzie mi mówił co mogę, a czego nie.
- Tu nie o to chodzi. - Mama wyjęła z tabakierki papierosa i jak zawsze odpaliła go przy pomocy różdżki. - Czasami trzeba umieć zrezygnować z własnych... pragnień... A właściwie, w twoim przypadku z szalonych pomysłów dla dobra większości. Żyjemy w niespokojnych czasach. Będziesz miał jeszcze dużo czasu później, by realizować swoje ambicje: gdy się to wszystko skończy - dodała słabym głosem.
Odwróciła się od niego w stronę kominka. Myron Sylvanus wyglądał jakby walczył z samym sobą. Rozglądał się niespokojnie po pokoju:
- Ale w tym roku naukę w Hogwarcie rozpocznie moja córka.
I znowu zwrot o sto osiemdziesiąt stopni:
- Córka?
Samanta sama bezgłośnie powtórzyła to słowo po mamie.
- Przecież mówię - przytaknął mężczyzna nieco zniecierpliwiony.
- Ty masz córkę? - Panna Lestrange wpatrywała się w niego, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
- Tak, mam.
- Nigdy mi o niej nie mówiłeś. - Mama bawiła się papierosem.
- Nie myślałem, że będzie trzeba... Z resztą, nieważne.
- Ważne! Właśnie, że ważne! - Usiadła tuż obok niego. - Skoro jesteś da niej gotów poświęcić życie setek, może tysięcy czarodziejów, to nawet bardzo ważne.
Myron Sylvanus długo wpatrywał się w jej brązowe oczy. W końcu westchnął i zaczął mówić:
- To było dawno. Krótko byłem żonaty. Zakochałem się w mugolce. Ożeniłem się z nią. Dopiero, gdy była w ciąży powiedziałem jej, że jestem czarodziejem. Pogoniła mnie. Kazała się więcej nie pokazywać. - Roześmiał się. - Nie lubiła magii. Urodziła dziecko. Dziewczynka też ma magiczne umiejętności. - I nagle spoważniał. - Matka jej nie znosi. Chcę się zająć swoją córką, poznać ją, stworzyć jej prawdziwy dom. To wszystko.
- Do tego nie musisz od razu uczyć w Hogwarcie - zauważyła Gertie Lestrange.
- Ale w ten sposób będziemy mieli dla siebie więcej czasu.
- W ten sposób nie będziesz dla niej ojcem, tylko profesorem. - Mama dogasiła papierosa w popielniczce. - Z resztą, zrobisz jak zechcesz. Nie znam się na wychowywaniu dzieci. Sama nie jestem dobrą matką.
- Jesteś. - To było dla Samanty za dużo. Wbiegła do salonu i przytuliła się do mamy.
Wuj Lambert miał wyjątkowe szczęście. Jeszcze niedawno lało jak z cebra, a w dniu jego ślubu zza chmur wyszło słońce, zalewając swym blaskiem weselnie przyozdobiony ogród i elegancko nakryte stoły przy rodowej rezydencji Lestrange’ów.
Alphard Black, ubrany w najlepszą szatę, z dumą prezentował swoją "partnerkę", którą była, rzecz jasna, Gertrude Lestrange, ale gdy tylko zostawali sami od razu przestawał się uśmiechać. Jedyną osobą, która wyglądała na tak samo zdołowaną jak on, był syn Violi Lockhart - Gilderoy, co chwilę poszturchiwany i upominany przez swojego dziadka. Pan Rookwood, bo tak nazywał się ten starszy, ubrany na czarno jegomość, wciąż poprawiający aksamitkę, musiał cały czas przypominać wnukowi, że ma się uśmiechać. Jako siostrzenica pana młodego, Samanta stała bardzo blisko wyrostka i było jej go coraz bardziej żal. I bardzo wątpiła w to, że trzepocąca rzęsami i przymilająca się do niego Quentina, córka cioci Kathleen, poprawia mu nastrój. I tak Rudolphus i Rabastan, synowie wuja Lamberta, już zaczęli sobie z tego żartować.
Za to ciocia Sally była w swoim żywiole. Wystrojona w karmazynową, obcisłą suknię, spowita peleryną z czerwonego tiulu, rzucała zalotne uśmieszki przybyłym mężczyzną, flirtowała z panem Malfoy’em i żartowała ze "starym Sinstrą". Już w domu oznajmiła, że taki ślub to doskonała okazja, żeby "złowić" kilku bogatych facetów.
Gdzieś w oddali, przy wiekowej wierzbie, Orion Black szarpał się ze swoją żoną, która wyraźnie miała ochotę urządzić jakąś scenę zazdrości.
Wkrótce Xavier Rosier, przyjaciel wuja ze szkoły, a dzisiaj jego drużba, przyprowadził czternastoletnią Raquelę, córkę Lamberta. Dziewczynka wyglądała na tak samo "szczęśliwą" jak Gilderoy. Wszyscy zajęli miejsca, pojawili się państwo młodzi i urzędnik Ministerstwa Magii i ceremonia się rozpoczęła.
- Dlaczego właściwie nie ty udzielasz im ślubu? - szepnęła ciocia do Alpharda Black'a ponad głową Samanty. - Myślałam, że jesteś najważniejszy w tym departamencie.
- Samo siedzenie tutaj jest dla mnie wystarczająco poniżające - odparł. - Więcej różdżki do tego nie przyłożę. Wolałem wydelegować kogoś innego.
- Nie martw się - zaśmiała się Sally Lestrange. - Przy wskaźniku śmiertelności, jaki mamy ostatnio wśród czarodziejów, małe są szanse, aby to małżeństwo było długie i szczęśliwe.
A biorąc pod uwagę, że Viola Lockhart bała się chociażby spojrzeć w stronę gdzie siedzieli, te rokowania spadały niemal do zera. A że ręka drżała jej strasznie, gdy podawała ją wujowi Lambertowi przed złożeniem przysięgi... Nie można było mieć złudzeń. Coś było nie tak.
- Alphard, chodźmy stąd już - zaczęła mama, zaraz po tym, gdy państwo młodzi podpisali odpowiednie dokumenty.
- Nie. Nie uciekniemy teraz jak szczury - odparł, przytulając ją do siebie.
- No właśnie, bawcie się dobrze - ucieszyła się ciocia Sally i zniknęła w tłumie gości.
Tymczasem Rabastan i Rudolphus postanowili powitać Gilderoy'a w rodzinie.
- Bracie! - objęli go, całując w policzki.
Chłopak cały zesztywniał.
- Och, dajcie mu spokój - broniła go Raquela.
Samanta chyba nie miała ochoty na to patrzeć. Zaraz będzie tutaj większe przedstawienie niż w Teatrze Magicznej Jedności.
Po pierwszym tańcu pary młodej na podest wyszły koleżanki Violi, również śpiewaczki operowe, a do Gilderoy'a podeszła jakaś dziewczyna o kasztanowych włosach:
- Chodź, zatańczymy - powiedziała, odciągając go od pozostałych chłopców. - Co się głupio śmiejesz Lestrange?
- Tyle razy próbowałem cię namówić, żebyś się ze mną umówiła, Smethley. A ty wolisz mojego brata - stwierdził Rabastan.
- Widzisz Quinni - powiedział Rudoplpus do kuzynki. - Na nic twoje zaloty. On już kogo ma. Choć... Gdybyś tak poszła na przeszkolenie do naszych ciotek...
Samanta zaczęła przeciskać się przez tłum gości. Skoro sama ma się sobą zająć , najpierw znajdzie sobie coś do picia.
Kątem oka dostrzegła ciocię Sally otoczoną rozbawioną grupką mężczyzn i mamę, tańczącą w bardzo bliskim uścisku z Alphardem Blackiem w rogu parkietu. Wzięła z jednego ze stolików szklaneczkę z sokiem dyniowym i postanowiła pospacerować po ogrodzie swoich przodków, byle ja najdalej od tych tłumów.
Dotarła aż na drugą stronę domu, skąd słychać było plusk fontanny. Liczyła, że przynajmniej uda jej się ochłodzić w niej stopy, skoro nie mogła zdjąć peleryny w ten upalny dzień, ale nic z tego. Z drugiej strony kolumny, z której tryskała woda, już ktoś siedział.
Hipolita ze "Snu nocy letniej" obejmowała ramieniem Violę Lockhart:
- To on miał tam stać... - mówiła ciocia Samanty.
"... Kogo chcesz czarować, uczuć nie potrafisz wyznać, nas tym nie nabierzesz, co dopiero zaś mężczyznę..." , płynął śpiew od strony parkietu. Co za ironia!
Dziewczynka zrobiła w tył zwrot i ruszyła w przeciwnym kierunku, tam też nie znalazła upragnionego spokoju.
Pod murem dworku stał pan Rookwood z wnukiem:
- Dobrze wiesz, dlaczego twoja mama to zrobiła - syczał do Gilderoy'a, siląc się na spokój. - Więc bardzo proszę, nie utrudniaj jej tego.
Samancie już kręciło się od tego wszystkiego w głowie. Nie dbając o to, że ubrudzi nową sukienkę, usiadła po turecku pod pobliską jabłonką, stwierdzając, że nie ruszy się stąd na krok. Wiedziała już, że nie lubi miejsc pełnych ludzi i zaczynała tęsknić za swoim azylem. Tutaj było za dużo tajemnic, niedomówień i dziwnych zachowań. I coś jej mówiło, że z tego otaczającego ich zewsząd fałszu, nic dobrego nie wyniknie. Coraz bardziej pragnęła, aby nie przyszedł do niej list z Hogwartu. Mogłaby wtedy resztę życia spędzić samotnie, na poddaszu kamienicy przy Alei Śmiertelnego Nokturnu. Odkąd częściej zaczęła opuszczać dom, świat na zewnątrz coraz mniej jej się podobał.
Nie wiedziała jak długo siedzi na wilgotnej trawie, ale pewnie trwałoby to jeszcze dłużej, gdyby ktoś do niej nie podszedł:
- Stało się coś, kochanie? - usłyszała kobiecy głos. Gdy spojrzała w górę, zobaczyła pochyloną nad nią "Hipolitę". Teraz też zorientowała się, że za pobliskim wzgórzem zachodzi słońce.
- Nie, nic - odparła, szybko wstając i usiłując sobie przypomnieć jak kobieta naprawdę się nazywa.
- Jesteś pewna?
Nie, nie była tego pewna, ale zażarcie pokiwała głową.
- To może pozwolisz odprowadzić się do reszty gości? Na pewno ktoś już cię szuka. - Uśmiechnęła się do niej. - Poczekaj, oczyszczę ci szatę.
Jedno małe zaklęcie, a krzywdy wyrządzone strojowi weselnemu przez Samantę, zostały naprawione. Później kobieta wzięła ją za rękę i poprowadziła w stronę, skąd dobiegały śmiechy i muzyka.
- Widzisz gdzieś swoich rodziców? - zapytała w końcu.
- Tam. - Wskazała na stolik, gdzie siedzieli Gertie Lestrange i Alphard Black z jakąś inną parą, której dziewczynka nie znała.
- W takim razie mogę cię tutaj zostawić. - Kobieta jeszcze raz się uśmiechnęła i odeszła.
Samanta patrzyła za nią, aż nie dotarła do jakiegoś blondwłosego mężczyzny, który, o ile dziewczynka dobrze pamiętała, był synem "starego Sinistry" i szeptała mu coś do ucha.
Dopiero po chwili Samanta zorientowała się, że stoi tuż obok wuja Lamberta, który wraz z Orionem i Cygnusem Blackiem, obserwuje ciocię Sally i Walburgę Black, urzędujące przy misie z ponczem.
- Jeszcze trochę, a tym razem obie zatańczą na stole - komentował Orion Black. - Na czyim to weselu Walburga...
- Na Belli - odpowiedział szybko jego szwagier. - Do czardasza Violi.
Gdyby się na tym głębiej zastanowić, to Samanta była spokrewniona z całą trójką. Z resztą, z potencjalnymi tancerkami też. Omal nie wybuchła śmiechem, gdy to sobie uświadomiła.
- A mnie się coś obiło o uszy, że możliwe, iż nasza młoda wdowa w końcu połączy nasze rodziny - rzucił wujek Orion.
- Prowadzimy jeszcze pertraktacje - odpowiedział pan Lestrange.
- Głównie z Bellą - dodał Cygnus Black znudzonym tonem.
- Wiecie co? - zagadnął wuj Lambert, patrząc w stronę drugiej siostry i Alpharda Blacka, śmiejąc się pod nosem. - Od dawna mam wrażenie, że nasze rodziny już się połączyły. Choć nieoficjalnie.
Wujek Orion głośno przełknął ślinę, ale z opresji wybawiła go rozbawiona ciocia Sally, która pojawiła się tuż obok brata z kieliszkiem w dłoni, a drugą ręką złapała go za szyję:
- A widzisz braciszku - zawołała. - Mówiłeś kiedyś, że z wydaniem Samanty za mąż będzie problem, a tutaj mamy już dwie propozycje. Tatting chętnie odda nam swojego syna, a Burke też coś...
- Mierzyłbym wyżej, siostrzyczko... - odparł wuj i nagle skrzywił się, jakby go coś zabolało.
Zdumiona Samanta zauważyła, że kilkoro z gości w tym momencie zrobiło to samo, a niektórzy nawet złapali się za... lewe przedramię. To jej coś przypominało.
W ogólnym rozgardiaszu jaki wśród tych osób zapanował do wuja Lamberta podbiegł jego drużba i pociągnął go za szatę.
- Muszę na chwilę zabrać przyjaciela. Nie przeszkadzajcie sobie - rzucił do panów Blacków i pobiegli w stronę bramy.
Ku ogromnemu zaskoczeniu Samanty, niektórzy goście też patrzyli jakby się szybko ulotnić. Nie dane jej było odkryć przyczyny, bo pojawiła się mama ze swoim dzisiejszym partnerem:
- Chyba zabierzemy Sally do domu - powiedziała mama.
- A z Walburgą radziłbym zrobić to samo - dodał Alphard Black.
Podał rękę Samancie i całą czwórką opuścili teren rodowej rezydencji Lestrangeów.
Wyginka jak zawsze przechodziła samą siebie, żeby dobrze obsłużyć Samantę i jej mamę. Herbata, kawa, świeże rogaliki i słodkie bułeczki kolejno były ustawiane na małym stoliczku pod oknem w salonie. Krem czekoladowy, marmolada i waniliowy twarożek. Tak, aby każdy z rodziny był zadowolony.
W tym samym momencie do salonu weszła w białym, zwiewnym szlafroku rozczochrana ciocia Sally. Nic nie powiedziawszy, usiadła przy długim stole i podparła głowę rękami. Niesforne, czarne loki od razu opadły jej na twarz.
- Podać pani coś do picia? - Wyginka natychmiast do niej podbiegła. - Może kawy?
- Wody - jęknęła ciocia.
Mama sięgnęła po stojący obok, pusty wazon, wycelowała w niego różdżką mrucząc "Aguamenti!" i podała siostrze.
- Z tego mam pić? - Ciocia spojrzała na nią zdumiona. - A z resztą, wszystko jedno. - I opróżniła wazon do dna.
Domowa skrzatka zdecydowała się jednak postawić przed swoją panią filiżankę z kawą. Sally Lestrange zamieszała w niej leniwie, starając się nie obijać łyżeczka o brzegi.
- Kim byli ci państwo, z którymi rozmawialiście wczoraj przed naszym wyjściem? - zapytała Samanta, maczając kruche ciastko w herbacie.
- Ivan Warrington, dyrektor magicznej opery i jego kuzynka, Lydia. Byłam z nią na roku w Hogwarcie - odparła mama.
Ciocia od pewnego czasu wpatrywała się w leżącego na stole "Proroka Codziennego".
- Możesz mi podać tę gazetę? - zapytała Samantę, mrużąc oczy.
Zanim oddała dziennik ciotce, dziewczynka zdążyła zobaczyć tylko wieli tytuł: "KOLEJNY ATAK ŚMIERCIOŻERCÓW" i zdjęcie maszerujących, zakapturzonych postaci pod spodem. To ono najbardziej zainteresowało Sally Lestrange. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w nie to przysuwając nos do gazety, to się od niej oddalając.
- Gertie... - zagadnęła w końcu. - Nie wydaje ci się, że to nasz brat?
Wskazała na jedną z postaci na czele pochodu na zdjęciu.
- Za dużo wczoraj wypiłaś - mruknęła mama, zaglądając jej przez ramię.
- To też, ale przyjrzyj się dokładnie - naciskała ciocia. - Podobna postura i gesty. A tutaj, w tym jednym momencie spod peleryny wystaje kawałek granatowej szaty, w jaką był wczoraj ubrany.
- Wielu czarodziejów może mieć taki kolor szat. Nie są zarezerwowane dla Lamberta.
- To spójrz na osobę obok. Czy to nie wyglancowane buty Xaviera Rosiera?
- Sally, idź się lepiej prześpij. - Gertie Lestrange traciła cierpliwość. - Lambert śmierciożercą? Daj spokój...
Ciocia przeszła przez pokój i wyciągnęła z szuflady lupę. Mogłaby przywołać ją zaklęciem, ale pewnie bała się, że nie uda jej się dokładnie wycelować.
- Spójrz teraz. Widzisz jaki brzuchacz?
- A mało czarodziejów czystej krwi jest... tak potężnie zbudowanych? - Mama spojrzała na nią litościwie z rozbawieniem w oczach. - Kto jak kto, Sally, ale ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej.
Ciocia wzruszyła ramionami i odsunęła gazetę:
- Mów sobie co chcesz, ale jeśli Lambert nie jest śmierciożercą, to ja jestem dziewicą.






